Zapraszamy Państwa do lektury artykułu pani Haliny Orłowskiej – Szpitalny o rozwoju. Kliknij tutaj

Halina Orłowska – Szpitalny – doradca, założycielka Akademii Rozwoju Człowieka i Domu Kultury Chrześcijańskiej. Od wielu lat prowadzi warsztaty rozwojowe i prywatną poradnię psychologiczno–duchową w Gdyni. Ukończyła Studium Psychologii i Psychoterapii oraz Poradnictwa w Warszawie. Autorka 9 książek o rozwoju człowieka. Ostatnio wydała audiobooka „Zrozumieć siebie”.
www.drogakupelnizycia.pl
e-mail h.orlowska@olimp.edu.pl

„Ciecierzyca jest ciepła, delikatna i lekka, a spożywanie jej jest przyjemne” – zapewnia św. Hildegarda z Bingen. „Kto ma gorączkę, ten powinien opiec ciecierzycę nad rozżarzonymi węglami, po czym ją zjeść, a (dzięki temu) wyzdrowieje”. Dziś proponuję  (nie tylko dla rozgorączkowanych) ciecierzycowe kotlety z hildegardiańskimi przyprawami. Pyszne!

Składniki: 400g suchej ciecierzycy, moczonej przez noc w dużej ilości zimnej wody, 1 mała cebula, 2 ząbki czosnku, dużo posiekanej natki pietruszki (4 łyżki), 2 łyżeczki mielonego kminu rzymskiego, 3/4 łyżeczki cynamonu, pół łyżeczki pieprzu kubeba, pół łyżeczki galgantu oraz 1/4 łyżeczki mielonego kardamonu, pół łyżeczki sody oczyszczonej, 1 łyżeczka soli bez antyzbrylaczy, olej do smażenia.

Ciecierzycę odcedzamy, płuczemy i mielimy w maszynce do mięsa razem z cebulą i czosnkiem. Do zmielonej masy dodajemy zieloną natkę, przyprawy, sodę oczyszczoną i sól. Całość dokładanie mieszamy dłonią w garnku, dodajemy 1-2 łyżki wody i mieszamy ponownie aż masa będzie formować się w rękach. Przykrywamy ją (szczelnie, żeby nie obeschła) i wstawiamy na godzinę do lodówki.

W dużym rondlu rozgrzewamy olej (jego warstwa powinna mieć 2-3 centymetry, olej musi lekko falować i być dobrze rozgrzany). Nabieramy ręką kulkę masy i formuję dociskając w dłoniach tak, by powstały małe, lekko spłaszczone kulki o zwartym cieście. Smażymy je przez 2-3 minuty z każdej strony i odkładamy na papierowy ręcznik do osączenia. Podajemy z hummusem, pastą dyniową lub z sosem śmietanowym. Wszystkiego smacznego!

Kwintesencja wykwintnego hildegardiańskiego dania – kurczę pieczone z hyzopem. Proste w wykonaniu, pyszne, dietetyczne. W sam raz na 150 wpis na blogu!:-) A po sąsiedzku Ania Wyszyńska pisze o tym czy i jak często warto jeść mięso – zapraszam do lektury.

Składniki: kurczak zagrodowy cały, 100g masła (klarowanego lub kokosowego), 1 łyżka sproszkowanego hyzopu, pół łyżki bertramu, pół łyżeczki galgantu i pół łyżeczki pieprzu kubeba, 2 łyżeczki soli bez antyzbrylaczy, 1-2 małe cebule, 2-3 ząbki czosnku, 2-3 jabłka, opcjonalnie kilka świeżych listków szałwii.

Kurczaka płuczemy i osuszamy, obsypujemy solą, wkładam go do żaroodpornego naczynia z przykrywką. Masło rozpuszczamy z przyprawami, polewam nim kurczaka (również w środku), dokładnie rozsmarowujemy. Do środka kurczaka wkładamy cebule i 2 ząbki czosnku. Ostatni ząbek czosnku kroimy na plasterki i posypujemy nim mięso. Tak przygotowanego kurczaka zostawiamy do naciągnięcia (najlepiej na noc w lodówce).

Następnie pieczemy go w 200 stopniach półtorej-dwie godziny: po pół godzinie przekręcamy na drugą stronę, po kolejnej zlewamy do garnuszka wytopiony tłuszcz, ostatnie pół godziny pieczemy w otwartym naczyniu, dokładając przekrojone na pół jabłka. Kilka razy podlewamy mięso wytopionym tłuszczem, żeby zrobiła się ładna skórka.

Moje ulubione, świetnie wychodzą we współpracy z dziećmi, które ciasto lepią jak plastelinę (pracują paluszki, usprawniamy małe rączki). Pachnie potem w całym domu, można chrupać je bez końca (podobne można znaleźć tutaj - klik).

Składniki: 2 szklanki mąki (orkiszowej), pół szklanki cukru (nierafinowanego trzcinowego), pół szklanki masła migdałowego (przepisy na mleko i masło migdałowe znajdziecie na blogu), pół kostki masła śmietankowego (lub pół szklanki kokosowego), 2 łyżki jogurtu naturalnego, pół łyżeczki sody, 1 łyżka cukru z prawdziwą wanilią (burbon), 2 garście migdałów do nadziania ciastek (można pominąć).

Do miski wkładamy wszystkie składniki prócz mąki i dobrze je ze sobą zagniatamy. Następnie cały czas zagniatając dosypujemy mąkę. Ciasto powinno być gładkie (jeśli za bardzo lepi się do rąk – dodajemy więcej mąki, gdy jest za suche – jeszcze jedną łyżką jogurtu).

Teraz lepimy kulki wielkości kasztanów wkładając do środka po 2 migdały. Spłaszczamy je trochę i układamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Wkładamy do nagrzanego do 180 stopni piekarnika i pieczemy 20-25 minut aż się lekko zezłocą.

 

Witam Was w Nowym Roku zakwasowym chlebem orkiszowym z przyprawami św. Hildegardy. Kroję go na kromki, smaruję masłem i posypuję utłuczonym w moździerzu lub świeżo zmielonym dobrem. Na każdej kromce po jednej przyprawie, mamy spory wybór: kamforowy pieprz kubeba, aromatyczny kmin rzymski, znany z dziecięcych herbatek koper włoski, ziołowy bertram, korzenny cynamon, świąteczne goździki, pikantny galgant lub żółtą kurkumę, gorzkawą kozieradkę albo słodkawą lukrecję… Umielibyście rozpoznać je z zamkniętymi oczami? Spróbujcie! Proste, świeże i dobrej jakości jedzenie może nas zaskoczyć potęgą smaku.

Co do chleba (przepisy znajdziecie na blogu) - wcale nie jest łatwo upiec go wyłącznie z wody, orkiszowej mąki i soli, jeśli oczekuje się mięciutkiego wnętrza w rumianej skórce. Nie tak wyglądał kiedyś chleb. Dlatego biorąc do rąk orkiszowy zakwas i mąkę ze starej, leczniczej odmiany orkiszu musicie liczyć się z tym, że chleb będzie cięższy, wilgotniejszy  i… o niebo zdrowszy. Zaryzykujcie jednak, taki chleb nie tuczy, tylko leczy. Zakwasowe bakterie podczas fermentacji usuwają azotyny i azotany pochodzące z nawozów sztucznych, rozkładają mykotoksyny i zwiększają biodostępność mikro i makroelementów zawartych w mące. Potrzebują jednak czasu, aby przejść wszystkie etapy fermentacji. To trwa. Z gotowych mixów piekarskich z marketu (proszę, nie dajcie się nabrać na tak zwaną „orkiszową” mąkę przemysłową) i drożdży wyrobicie „chleb” w godzinę, tylko po co?

PS. W Warszawie prawdziwy chleb orkiszowy piecze Piekarnia Krzosek a w podwarszawskich Łomiankach Piekarnia Piwońscy. Zdrowi mogą piec chleby na żytnim zakwasie, z równie dobrej mąki żytniej (konsumpcyjnej, nie paszowej i bez „polepszaczy”, tania przemysłowa się nie nadaje).

Z najlepszymi życzeniami Nowego Roku dobrego jak chleb.

Witam w czasie okołoświątecznym i przedsylwestrowym :)

Ponieważ świętujemy, myślę, że czas napisać o mięsie.

W obecnym świecie różnych podejść do zdrowego odżywiania, budzi ono, jako produkt żywnościowy, różne uczucia, „zasłużyło sobie” na najróżniejsze opinie. Z jednej strony mamy świadomość, że to produkt bardzo pożywny i wysokoenergetyczny, więc człowiek, znajdujący się na szczycie piramidy żywieniowej, powinien z niego  korzystać, z drugiej zaś strony jakość współczesnego mięsa nasuwa pytanie, czy w ogóle warto je jeść. Chcąc być obiektywna muszę przyznać, że grupy innych produktów jak np. nabiał czy wysoko – modyfikowane zboża też obecnie są bardzo często produktami złej jakości…

Ktoś inny powie – mięso bardzo zakwasza, a my i tak jesteśmy mocno zakwaszeni..  To prawda.  Prawdą jest też to, że współczesna pszenica też bardzo zakwasza, podobnie jak biały cukier, nabiał…

Wreszcie, ktoś wybiera wegetarianizm z powodu przekonań  i miłości do zwierząt. Rozumiem, zwłaszcza, gdy się pozna warunki w jakich hoduje się zwierzęta na wielkich farmach …

Temat jest szeroki, argumenty mogą się mnożyć, więc tu już skieruję nasze spojrzenie na podejście św. Hildegardy.

Nie traktowała ona mięsa jako podstawy ludzkiego pożywienia. Nie była więc zwolenniczką diety paleo ;) (choć rozumiem podejście osób, które zniszczyły sobie zdrowie „złym” glutenem), lecz daje nam jako podstawowy pokarm także wytwór rolnictwa, jednak taki, który „nie urąga” rolnictwu. Mamy więc warzywa, zioła oraz czysty, niezmodyfikowany, prastary orkisz. (Oczywiście – w miarę możliwości – starajmy się by te warzywa i zioła były też jak najlepszej jakości.) Mięso zaś jest w Jej diecie ważnym uzupełnieniem.

Napisała o wielu gatunkach zwierząt jadanych przez człowieka i wskazała na właściwości oraz wskazówki do każdego z nich.  Odnajdziemy w „Phyysice” ciekawe wiadomości zarówno o ptakach jak i „czworonogach”. Wiemy więc, ze np. mięso strusia jest szczególnie zalecane osobom cierpiącym na epilepsję, gdyż ma właściwości przeciwdrgawkowe, że mięso jelenia i sarny jest pożyteczne zarówno dla ludzi zdrowych jak i chorych, że silną samicę – kozę można jeść do sierpnia, samca właśnie w sierpniu, zaś koźlątka do jesieni, ba…wiemy nawet (choć to już nie o mięsie), że kacze pióra bardziej się nadają do włożenia w pierzynę niż kurze, gdyż te drugie wywołują artretyzm… Jest to więc kopalnia ciekawych i niekiedy przydatnych informacji dla nas. Opis niektórych gatunków możemy traktować jako ciekawostkę, lecz w praktyce nie przyda się nam  informacja, że pożyteczne jest dla nas zjedzenie mięsa bobra czy żubra, natomiast dzięki św. Hildegardzie, wiemy jaką te zwierzęta maja naturę. Co więc z porad praktycznych?

Może najpierw zajmijmy się drobiem.

Z pewnością możemy sobie odpuścić uganianie się za gęsim smalcem, jako rzekomym produktem leczniczym, gdyż św. Hildegarda jednoznacznie uznała tłuszcz gęsi za szkodliwy. Jeśli chcemy zjeść gęś to mamy ją upiec (oczywiście św. Hildegarda zaleca na ogniu :) ), zaś w czasie pieczenia nadziać  ją „szałwią i innymi dobrymi ziołami” oraz „skrapiać winem i octem, używając w tym celu kropidła z liści, aby wypłynął z niej tłuszcz, którego nie wolno jeść”. Już nie wspominam o tym jak należy przygotować tego ptaka do pieczenia, bo najczęściej nie mamy na to wpływu, choć jeśli mój artykuł będzie też czytał rolnik, to przepiszę specjalnie dla niego ten urywek:

„Jeśli ktoś chce zjeść gęś, przez trzy lub dwa dni nie powinien dawać jej pić  (…) Później winien karmić ją zbożem.”

W podobny sposób zaleca św. Hildegarda przyrządzać kaczkę – tak samo upiec, nie zaś gotować (przy kaczce jednak nie wspomina o wcześniejszym przygotowaniu ptaka przez jakieś szczególne karmienie go). Dodatkowo mówi nam, że dzika kaczka jest zdrowsza, gdyż prawie nieustannie przebywa w wodzie, a gatunek ten oczyszcza się wewnętrznie przez przebywanie w wodzie:

„Żywi się tym, co czyste i nieczyste, ale połykane przez nią nieczystości oczyszcza w niej woda, w której kaczka często pływa i która ją przenika.”

No i czas na naszą poczciwą kurę. Św. Hildegarda bardzo wnikliwie i dokładnie omówiła ten gatunek pod kątem dietetycznym, w dodatku akurat językiem zupełnie dla nas zrozumiałym, tak, ze uznałam za najwłaściwsze przytoczenie dłuższego cytatu, którym rozpocznę kolejny artykuł już w nowym roku.  Zanim jednak zakończę mój ostatni artykuł w naszym poczciwym 2016 pozwolę sobie na dygresję dotyczącą jakości kurzego mięsa. O tym problemie wspomniałam na początku artykułu – jakość -   jest to powód dla którego niektórzy mięsa unikają.  W sposób oczywisty, kto ma sprawdzone miejsce zakupu wiejskiej kury, ten wygrany. Myślę, że nie muszę się rozpisywać nt antybiotyków, hormonów i modyfikowanych pasz, którymi karmi się ptactwo w ogromnych fermach, nie mówiąc już o warunkach hodowli i substancjach, jakie te nieszczęsne stworzenia wydzielają w związku z tym do swoich organizmów. Oczywiście nie dotyczy to tylko mięsa kurzego, lecz mięsa w ogóle – wszędzie tam, gdzie hoduje się zwierzęta w dużych ilościach i w warunkach niezgodnych z naturą. Kurczaki są jedynie obiegowym przykładem. Pozostaje mieć nadzieję, że w przyszłości rolnictwo skieruje się na ścieżki bardziej humanitarne zarówno dla zwierząt, jak i dla samego człowieka.

Jeśli z różnych przyczyn, najczęściej  –  nie da się ukryć – z przyczyn finansowych, korzystamy z mięs „przemysłowych”, to przynajmniej oczyszczajmy je na ile możemy. Ja stosuję namaczanie w wodzie z solą niejodowaną (najtańszą – kłodawską do przetworów): łyżeczka soli na szklankę wody oraz z dodatkiem hyzopu, który jest ziołem silnie oczyszczającym. Po kilku godzinach (lub całej nocy – jeśli to duża sztuka mięsa) odlejmy tą wstrętną wodę i wypłuczmy mięso kilka razy. Zróbmy chociaż tyle.

Odradzam kupowanie wędlin naszpikowanych wieloma – mówiąc delikatnie – niejadalnymi substancjami. Lepiej samemu coś upiec, udusić, ugotować w rosole…lub zjeść mało wędliny – z Organica (ostatnio np. kupowałam suszoną kiełbasę drobiową – mały kawałek, ale ma silny smak, więc kroi się cienkie plasterki;  jest sucha, więc lekka – wcale nie wyszło drogo).

Pozostaje mi życzyć dalszego, radosnego świętowania – wciąż w oktawie Bożego Narodzenia, a potem w pierwszych dniach Nowego Roku w obecności Bożego Dzieciątka, Jego miłości i prostoty, której nas uczy.

 

Mięso z sarny czy jelenia – jedzone raz, dwa razy do roku – są polecane przez świętą Hildegardę. Sarna jest powściągliwa i delikatna a jeleń ma w sobie nadspodziewane ciepło, jedzą czysty pokarm, ich mięso jest dobre dla chorych i zdrowych – pisze Święta z Bingen.

Dziczyzna jest chudym mięsem, która wymaga dodatkowej ilości tłuszczu. Łatwo wysycha podczas pieczenia, dlatego dobrze jest używać zamkniętego naczynia a najlepiej dusić je długo w niskich temperaturach. Dobrze komponuje się z cebulą, wytrawnym winem, liściem laurowym i owocami jałowca. Jako dodatki polecam mus jabłkowy lub orkiszowe kernotto.

Składniki na potrawkę: 500-600g mięsa z jelenia lub sarny, kilka łyżek mąki orkiszowej, 2 łyżki oleju słonecznikowego, 1 łyżka masła, 4 cebule, 3 liście laurowe, 10 jagód jałowca, sól kamienna i pieprz kubeba do smaku (można też dać bertram i galgant), 125 ml wody lub wytrawnego wina, pół szklanki śmietany, sok z cytryny, opcjonalnie ocet winny i jabłka.

Mięso kroimy na duże kawałki, usuwamy kości (dobrze jest wcześniej zalać je octem winnym i odstawić na 12 godzin w chłodne miejsce a przed użyciem osuszyć ręcznikiem papierowym). W dużym, żeliwnym garnku rozpuszczamy masło i olej, mięso oprószamy mąką i krótko obsmażamy. Następnie zalewamy je wodą/winem, dodajemy przyprawy i dusimy pod przykryciem na małym ogniu (mieszamy od czasu do czasu, w razie potrzeby dolewamy odrobinę wody). Po godzinie, półtorej dodajemy cebulę i śmietanę wymieszaną z odrobiną mąki (można też dorzucić obrane i pokrojone w ćwiartki jabłka). Doprawiamy sokiem z cytryny, chwilę jeszcze podduszamy (15-20 minut) i gotowe. Jeszcze smaczniejsze odgrzewane następnego dnia.

Migdały mają dużo tłuszczu, więc wystarczy je zblendować, a potem na zmianę miksować i zeskrobywać ze ścianek, by powstało masło. Zdrowe, energetyczne, lubiane przez dzieci. A kto zasmakował w migdałach, miech zrobi też mleko migdałowe (przepis znajdziecie na blogu). Święta Hildegarda rekomenduje migdały jako wzmacniające płuca i wątrobę, nadające piękny kolor skórze i podnoszące sprawność umysłową.

Składniki: 2 szklanki migdałów, opcjonalnie: 1 łyżka słodu orkiszowego, pół łyżeczki soli bez antyzbrylaczy, ziarna z 1 laski wanilii i/lub szczypta cynamonu czy galgantu.

Migdały (i inne dodatki – jeśli się na nie zdecydowaliśmy – za wyjątkiem słodu) blendujemy 1-2 minuty (potrzebne będzie ostrze w kształcie litery S). Zeskrobujemy masę ze ścianek i  miksujemy przez kolejną minutę, następnie czynność tę powtarzamy kilkukrotnie – początkowo migdały będę przypominać grubą mąkę, potem mokry piach aż w końcu staną się kremowe i podobne do masła. Jeśli masa jest wciąż mocno sucha możemy dodać odrobinę oleju migdałowego lub z orzechów włoskich. Na koniec dodajemy słód i ponownie miksujemy, aby składniki się połączyły. Przekładamy do słoika, przechowujemy w lodówce do kilku miesięcy. Pyszne z orkiszowymi naleśnikami i na chlebie, przełożone kwaskowymi powidłami z pigwy, jak również do porannej orkiszanki.

PS. Takie smarowidło można zrobić również ze słodkich migdałów (bez skórki). Jeśli kupujecie gotowe masło migdałowe zwróćcie uwagę, by w składzie były wyłącznie migdały (najlepiej 100%), ewentualnie odrobina soli.

 

Pieprz kubebowy zwany również ogoniastym (nie wiem czy są to ogólnie przyjęte nazwy, ale w mojej kuchni funkcjonują) ma kamforowy, odświeżająco-chłodzący smak, który – po rozgryzieniu ziarenka – długo utrzymuje się w ustach. Dezynfekuje przy chorobach gardła, paratodontozie, utracie głosu. Można jeść 3 sztuki owocu nawet kilka razy dziennie a w przypadku stanów depresyjnych lub dolegliwości związanych z klimakterium co godzinę rozgryzać 1 owoc aż do wystąpienia poprawy. Stosowano go do leczenia chorób wewnętrznych i do dziś – gdy zawodzą tradycyjne antybiotyki – niektórzy skutecznie ratują się olejkiem kubebowym. Święta Hildegarda pisała o nim: „pieprz kubeba jest suchy i ma w sobie pożyteczne, umiarkowane ciepło”,”rozweseli tego, kto go spożywa i sprawi, że jego umysł będzie jasny a wiedza wyraźna”. W XIV wiecznej Polsce do marynat mięsnych używano octu z dodatkiem kubeby, kminku i czosnku (radzę spróbować w nadchodzące święta!), w średniowieczu przyrządzano sos z pieprzu kubeba, mleka migdałowego i innych przypraw, a Łukasz Łuczaj – etnobotanik, w grudniowym magazynie „Kuchnia” zaproponował kubebowe ciasteczka. Postanowiłam je upiec. Przez chwilę zastanawiałam się co prawda, czy nie dodać jajek, jak w przepisach na ciasteczka z galgantem czy macierzanką, ale później pomyślałam, że będzie to ukłon w kierunku tych, którzy są na jajka uczuleni.

Składniki: 250g mąki orkiszowej dowolnego typu, szczypta soli kamiennej bez antyzbrylaczy, 60g trzcinowego pudru, 4 łyżki zmielonego pieprzu kubeba, 200g masła (można użyć kokosowego).

Mąkę przesiewamy do miski, dodajemy sól, cukier i kubebę. Dodajemy miękkie masło i zagniatamy. Rozwałkowujemy na placek grubości około 8 mm, podsypując mąką i wykrawamy ciasteczka. Rozkładamy je na papierze do pieczenia. Pieczemy 30 minut w temperaturze 150 stopni (odrobinę się rozpływają). Pieprz kubeba świetnie nadaje się jako przyprawa co ciast, bo po upieczeniu nabiera ciekawego smaku. Ciasteczka przed podaniem możemy dodatkowo posypać świeżo młotkowaną kubebą (ziarenka łatwo rozkruszyć w moździerzu). Wszystkiego smacznego!

PS. Pamiętam jak moje dzieci były małe i oglądały bajkę o tym, jak to wszyscy kichali po ciasteczkach, do których pewna małpka-gapa dodała omyłkowo pieprzu. Kto by pomyślał, że po latach dodam go rozmyślnie do ciasteczek… :-)

Brrr. Dużych mrozów jeszcze nie ma, ale nawet mały mrozek + wiatr daje uczucie sporego zimna. W każdym razie przyszedł czas, by wyeksponować energetyczną rolę jedzenia. Nie wychładzajmy więc organizmu np. sokami czy jedzeniem wyjętym prosto z lodówki. Teraz  szczególną rolę będą odgrywały gotowane posiłki. Pamiętajmy, że nie musimy wymyślać nie wiadomo czego – orkisz św. Hildegardy, to wspaniały rozgrzewający pokarm.

Dlatego dzień zaczniemy od porannej orkiszanki (habermusu), jedzmy orkiszowy chleb na orkiszowym zakwasie, pijmy kawę…orkiszową, do obiadu użyjmy orkisz w takiej postaci w jakiej lubimy, a na pewno poczujemy jak się rozchodzi w nas przyjemne ciepełko i nie będziemy przemykać się po tym świecie przemarznięci :)

Tu przypomnę, że polecam jedynie PRAWDZIWE pieczywo orkiszowe, czyli takie upieczone przez siebie (z niemodyfikowanej, czystej mąki orkiszowej, na orkiszowym zakwasie) albo z piekarni Przystanek Piekarnia, która piecze takie pieczywo, można też skorzystać z wypieków pana Piwońskiego (ma jednak malutko punktów w których można kupić chleb orkiszowy z mąki z Orvity – trzeba o to dopytać).

Wśród rozgrzewających posiłków szczególne miejsce zajmują zupy, jako posiłek gotowany, płynny, który szybciutko i dogłębnie dociera do naszych „zakątków” ze swoim dobroczynnym ciepełkiem. Kto więc nie jest za bardzo „zupiarzem”, może spróbuje się z zupami przeprosić, przynajmniej na czas tych zimnych miesięcy..  Zupy potrafią być przawdziwą ozdobą stołu i smakołykiem. Warzywa, orkisz i odpowiednie przyprawy, to bardzo smaczna kompozycja.  Ci, którzy czują się szczególnymi zmarźluchami, mogą w tym czasie używać więcej przypraw rozgrzewających. Gdy przyjdą bardzo zimne dni nie powinni też jeść zbyt dużo surowych owoców, albo np. połączyć zjedzenie jabłka z wypiciem ciepłej herbatki koperkowej, czy malinowej… Niemniej mogą zastąpić to, chociaż czasami,  zjedzeniem choć minutę podduszanego jabłka i posypanego cynamonem.  Takim zmarźluszkom na pewno posłuży bertram czy galgant – w orkiszance, zupie czy na pieczonym jabłku, gruszce.

No właśnie – galgant… wkraczamy nim w  przyprawy imbirowate, więc szczególnie rozgrzewające. I tu warto dodać, że św. Hildegarda widzi galgant jako codzienną naszą przyprawę (oczywiście nie mówię o osobach „przegrzanych”, z nadciśnieniem), czego nie mówiła już o imbirze.  Skoro zachęcam w tym artykule do rozgrzewania się, a imbir jakoś  w szczególności kojarzy się z tym efektem oraz świątecznym stołem, pomyślałam, że warto jeszcze raz spojrzeć na tą praktykę kulinarną okiem św. Hildegardy (kiedyś już o tym pisałam).

„Imbir jest gorący i rozpływający się, to znaczy rozpuszczalny. Spożywanie go szkodzi zdrowemu i otyłemu człowiekowi, ponieważ sprawia, że ów staje się bezmyślny, nieopanowany, gwałtowny i lubieżny. Imbir zawiera bowiem niespodziewany żar, który osłabia ludzkie zmysły i pobudza narządy płciowe.”

Pewnie byśmy się nie spodziewali takiej cenzurki dla tej świątecznej, rozgrzewającej przyprawy. Pamiętam, że św. Hildegarda gdzie indziej użyła sformułowania, że imbir pobudza w nas to co „zwierzęce”, a wysuszonemu człowiekowi czasami to właśnie jest potrzebne (przez pewien czas), gdyż dalej możemy przeczytać:

„Kto ma suchość w ciele i prawie już umiera, ten powinien rozdrobnić imbir, zaś otrzymany proszek spożywać w umiarkowanych ilościach w porannej zupie, a także po troszku z dodatkiem chleba między posiłkami, a poczuje się  lepiej, bowiem nagły żar [imbiru], jaki u osób osłabionych podnosi się  w posiłku, w zupie i w chlebie, krzepi suche członki człowieka. Jednak gdy tylko poczuje się on lepiej, absolutnie nie powinien go już więcej jeść, aby nie ponieść  przez to szkody.”

Dalej pisze św. Hildegarda o leczniczych sposobach wykorzystania tej przyprawy, np. o dość złożonym przepisie na użycie imbiru jako dobrego środka przeczyszczającego itd. Jednak widać, że przyprawy tej należy używać w sposób świadomy.

Jeśli więc chcemy po prostu się rozgrzać  – w to miejsce pokochajmy galgant, a przy okazji poprawi nam też trawienie, wzmocni serce. Zresztą jest więcej ziół o których pisała nasza święta, a które działają   rozgrzewająco: właśnie cynamon (wręcz gorący), gałka (z nią jednak nie przesadzajmy ze względu na właściwości halucynogenne, przy spożyciu w dużych ilościach, poza tym – przyprawa bardzo ceniona przez świętą), goździki, kolendra i inne. Nie czas to na wiosenną, młodziutką  pokrzywę, ale jeśli w zimę porobiliśmy zapasy, lub mamy sprawdzonego producenta czystych ziół – możemy przypomnieć sobie smak innych pór roku – rozgrzewającą herbatką z pokrzywy, krwawnika czy malin. W kuchni są też produkty ogólnie poprawiające trawienie, które w małych ilościach zalecała, a które przecież także rozgrzewają – ocet winny (ewent. jabłkowy), wino.

Oczywiście kuchnia zimowa (jeśli nie jest to kuchnia wegetarian) zawiera w sobie też inny wysokoenergetyczny produkt – mięso. Nigdy nie pisałam o mięsie, więc postanowiłam poświęcić  mu kolejny, przedświąteczny artykuł.

A wszystkim Andrzejom – wszystkiego najlepszego !! :)