Migdały mają dużo tłuszczu, więc wystarczy je zblendować, a potem na zmianę miksować i zeskrobywać ze ścianek, by powstało masło. Zdrowe, energetyczne, lubiane przez dzieci. A kto zasmakował w migdałach, miech zrobi też mleko migdałowe (przepis znajdziecie na blogu). Święta Hildegarda rekomenduje migdały jako wzmacniające płuca i wątrobę, nadające piękny kolor skórze i podnoszące sprawność umysłową.

Składniki: 2 szklanki migdałów, opcjonalnie: 1 łyżka słodu orkiszowego, pół łyżeczki soli bez antyzbrylaczy, ziarna z 1 laski wanilii i/lub szczypta cynamonu czy galgantu.

Migdały (i inne dodatki – jeśli się na nie zdecydowaliśmy – za wyjątkiem słodu) blendujemy 1-2 minuty (potrzebne będzie ostrze w kształcie litery S). Zeskrobujemy masę ze ścianek i  miksujemy przez kolejną minutę, następnie czynność tę powtarzamy kilkukrotnie – początkowo migdały będę przypominać grubą mąkę, potem mokry piach aż w końcu staną się kremowe i podobne do masła. Jeśli masa jest wciąż mocno sucha możemy dodać odrobinę oleju migdałowego lub z orzechów włoskich. Na koniec dodajemy słód i ponownie miksujemy, aby składniki się połączyły. Przekładamy do słoika, przechowujemy w lodówce do kilku miesięcy. Pyszne z orkiszowymi naleśnikami i na chlebie, przełożone kwaskowymi powidłami z pigwy, jak również do porannej orkiszanki.

PS. Takie smarowidło można zrobić również ze słodkich migdałów (bez skórki). Jeśli kupujecie gotowe masło migdałowe zwróćcie uwagę, by w składzie były wyłącznie migdały (najlepiej 100%), ewentualnie odrobina soli.

 

Pieprz kubebowy zwany również ogoniastym (nie wiem czy są to ogólnie przyjęte nazwy, ale w mojej kuchni funkcjonują) ma kamforowy, odświeżająco-chłodzący smak, który – po rozgryzieniu ziarenka – długo utrzymuje się w ustach. Dezynfekuje przy chorobach gardła, paratodontozie, utracie głosu. Można jeść 3 sztuki owocu nawet kilka razy dziennie a w przypadku stanów depresyjnych lub dolegliwości związanych z klimakterium co godzinę rozgryzać 1 owoc aż do wystąpienia poprawy. Stosowano go do leczenia chorób wewnętrznych i do dziś – gdy zawodzą tradycyjne antybiotyki – niektórzy skutecznie ratują się olejkiem kubebowym. Święta Hildegarda pisała o nim: „pieprz kubeba jest suchy i ma w sobie pożyteczne, umiarkowane ciepło”,”rozweseli tego, kto go spożywa i sprawi, że jego umysł będzie jasny a wiedza wyraźna”. W XIV wiecznej Polsce do marynat mięsnych używano octu z dodatkiem kubeby, kminku i czosnku (radzę spróbować w nadchodzące święta!), w średniowieczu przyrządzano sos z pieprzu kubeba, mleka migdałowego i innych przypraw, a Łukasz Łuczaj – etnobotanik, w grudniowym magazynie „Kuchnia” zaproponował kubebowe ciasteczka. Postanowiłam je upiec. Przez chwilę zastanawiałam się co prawda, czy nie dodać jajek, jak w przepisach na ciasteczka z galgantem czy macierzanką, ale później pomyślałam, że będzie to ukłon w kierunku tych, którzy są na jajka uczuleni.

Składniki: 250g mąki orkiszowej dowolnego typu, szczypta soli kamiennej bez antyzbrylaczy, 60g trzcinowego pudru, 4 łyżki zmielonego pieprzu kubeba, 200g masła (można użyć kokosowego).

Mąkę przesiewamy do miski, dodajemy sól, cukier i kubebę. Dodajemy miękkie masło i zagniatamy. Rozwałkowujemy na placek grubości około 8 mm, podsypując mąką i wykrawamy ciasteczka. Rozkładamy je na papierze do pieczenia. Pieczemy 30 minut w temperaturze 150 stopni (odrobinę się rozpływają). Pieprz kubeba świetnie nadaje się jako przyprawa co ciast, bo po upieczeniu nabiera ciekawego smaku. Ciasteczka przed podaniem możemy dodatkowo posypać świeżo młotkowaną kubebą (ziarenka łatwo rozkruszyć w moździerzu). Wszystkiego smacznego!

PS. Pamiętam jak moje dzieci były małe i oglądały bajkę o tym, jak to wszyscy kichali po ciasteczkach, do których pewna małpka-gapa dodała omyłkowo pieprzu. Kto by pomyślał, że po latach dodam go rozmyślnie do ciasteczek… :-)

Brrr. Dużych mrozów jeszcze nie ma, ale nawet mały mrozek + wiatr daje uczucie sporego zimna. W każdym razie przyszedł czas, by wyeksponować energetyczną rolę jedzenia. Nie wychładzajmy więc organizmu np. sokami czy jedzeniem wyjętym prosto z lodówki. Teraz  szczególną rolę będą odgrywały gotowane posiłki. Pamiętajmy, że nie musimy wymyślać nie wiadomo czego – orkisz św. Hildegardy, to wspaniały rozgrzewający pokarm.

Dlatego dzień zaczniemy od porannej orkiszanki (habermusu), jedzmy orkiszowy chleb na orkiszowym zakwasie, pijmy kawę…orkiszową, do obiadu użyjmy orkisz w takiej postaci w jakiej lubimy, a na pewno poczujemy jak się rozchodzi w nas przyjemne ciepełko i nie będziemy przemykać się po tym świecie przemarznięci :)

Tu przypomnę, że polecam jedynie PRAWDZIWE pieczywo orkiszowe, czyli takie upieczone przez siebie (z niemodyfikowanej, czystej mąki orkiszowej, na orkiszowym zakwasie) albo z piekarni Przystanek Piekarnia, która piecze takie pieczywo, można też skorzystać z wypieków pana Piwońskiego (ma jednak malutko punktów w których można kupić chleb orkiszowy z mąki z Orvity – trzeba o to dopytać).

Wśród rozgrzewających posiłków szczególne miejsce zajmują zupy, jako posiłek gotowany, płynny, który szybciutko i dogłębnie dociera do naszych „zakątków” ze swoim dobroczynnym ciepełkiem. Kto więc nie jest za bardzo „zupiarzem”, może spróbuje się z zupami przeprosić, przynajmniej na czas tych zimnych miesięcy..  Zupy potrafią być przawdziwą ozdobą stołu i smakołykiem. Warzywa, orkisz i odpowiednie przyprawy, to bardzo smaczna kompozycja.  Ci, którzy czują się szczególnymi zmarźluchami, mogą w tym czasie używać więcej przypraw rozgrzewających. Gdy przyjdą bardzo zimne dni nie powinni też jeść zbyt dużo surowych owoców, albo np. połączyć zjedzenie jabłka z wypiciem ciepłej herbatki koperkowej, czy malinowej… Niemniej mogą zastąpić to, chociaż czasami,  zjedzeniem choć minutę podduszanego jabłka i posypanego cynamonem.  Takim zmarźluszkom na pewno posłuży bertram czy galgant – w orkiszance, zupie czy na pieczonym jabłku, gruszce.

No właśnie – galgant… wkraczamy nim w  przyprawy imbirowate, więc szczególnie rozgrzewające. I tu warto dodać, że św. Hildegarda widzi galgant jako codzienną naszą przyprawę (oczywiście nie mówię o osobach „przegrzanych”, z nadciśnieniem), czego nie mówiła już o imbirze.  Skoro zachęcam w tym artykule do rozgrzewania się, a imbir jakoś  w szczególności kojarzy się z tym efektem oraz świątecznym stołem, pomyślałam, że warto jeszcze raz spojrzeć na tą praktykę kulinarną okiem św. Hildegardy (kiedyś już o tym pisałam).

„Imbir jest gorący i rozpływający się, to znaczy rozpuszczalny. Spożywanie go szkodzi zdrowemu i otyłemu człowiekowi, ponieważ sprawia, że ów staje się bezmyślny, nieopanowany, gwałtowny i lubieżny. Imbir zawiera bowiem niespodziewany żar, który osłabia ludzkie zmysły i pobudza narządy płciowe.”

Pewnie byśmy się nie spodziewali takiej cenzurki dla tej świątecznej, rozgrzewającej przyprawy. Pamiętam, że św. Hildegarda gdzie indziej użyła sformułowania, że imbir pobudza w nas to co „zwierzęce”, a wysuszonemu człowiekowi czasami to właśnie jest potrzebne (przez pewien czas), gdyż dalej możemy przeczytać:

„Kto ma suchość w ciele i prawie już umiera, ten powinien rozdrobnić imbir, zaś otrzymany proszek spożywać w umiarkowanych ilościach w porannej zupie, a także po troszku z dodatkiem chleba między posiłkami, a poczuje się  lepiej, bowiem nagły żar [imbiru], jaki u osób osłabionych podnosi się  w posiłku, w zupie i w chlebie, krzepi suche członki człowieka. Jednak gdy tylko poczuje się on lepiej, absolutnie nie powinien go już więcej jeść, aby nie ponieść  przez to szkody.”

Dalej pisze św. Hildegarda o leczniczych sposobach wykorzystania tej przyprawy, np. o dość złożonym przepisie na użycie imbiru jako dobrego środka przeczyszczającego itd. Jednak widać, że przyprawy tej należy używać w sposób świadomy.

Jeśli więc chcemy po prostu się rozgrzać  – w to miejsce pokochajmy galgant, a przy okazji poprawi nam też trawienie, wzmocni serce. Zresztą jest więcej ziół o których pisała nasza święta, a które działają   rozgrzewająco: właśnie cynamon (wręcz gorący), gałka (z nią jednak nie przesadzajmy ze względu na właściwości halucynogenne, przy spożyciu w dużych ilościach, poza tym – przyprawa bardzo ceniona przez świętą), goździki, kolendra i inne. Nie czas to na wiosenną, młodziutką  pokrzywę, ale jeśli w zimę porobiliśmy zapasy, lub mamy sprawdzonego producenta czystych ziół – możemy przypomnieć sobie smak innych pór roku – rozgrzewającą herbatką z pokrzywy, krwawnika czy malin. W kuchni są też produkty ogólnie poprawiające trawienie, które w małych ilościach zalecała, a które przecież także rozgrzewają – ocet winny (ewent. jabłkowy), wino.

Oczywiście kuchnia zimowa (jeśli nie jest to kuchnia wegetarian) zawiera w sobie też inny wysokoenergetyczny produkt – mięso. Nigdy nie pisałam o mięsie, więc postanowiłam poświęcić  mu kolejny, przedświąteczny artykuł.

A wszystkim Andrzejom – wszystkiego najlepszego !! :)

 

Dziś proponuję leczenie jedzeniem i zapraszam do sporządzenia „złota” św. Hildegardy – mieszanki ziołowej uwalniającej jelita od pleśni (drożdżaków, grzybów Candida), patogenów chorobotwórczych i toksyn. Kuracja miodem z wszewłogą górską i gruszkami sprawdza się również przy migrenowych bólach głowy i jako środek oczyszczający wspomagający przy chorobach autoagresywnych, wszak nasze zdrowie zaczyna się w jelitach.

Wszewłoga górska pochodzi z roślin selerowatych, znaleźć można ją na górskich łąkach i pastwiskach (w Polsce rośnie w Sudetach, ale ja mam ją stąd - klik). Ma wrzecionowate, grube kłącza osiągające długość 20 cm, ciemnobrązowe z zewnątrz, białe w środku, wykopuje się je jesienią. W połączeniu z galgantem (ma właściwości przeciwgrzybicze, antybakteryjne i antywirusowe), sproszkowanym korzeniem lukrecji (spokrewniona z przeciwzapalnym kortyzolem, można nią wyleczyć zapalenie błony śluzowej żołądka i jelit) i cząbrem (usuwa bakterie gnilne i zarazki chorobotwórcze), wszewłoga górska z dodatkiem gruszek (w charakterze środka przeczyszczającego) i miodu, leczy.

Składniki: 1kg gruszek, 6 łyżek odszumowanego miodu (słoik wstawiamy do bardzo ciepłej wody i zbieramy pianę, która pojawi się na wierzchu – na tym polega odszumowanie miodu), 70g mieszanki ziołowej z wszewłogą górską.

Gruszki obieramy, wykrawamy gniazda nasienne i gotujemy do miękkości, odcedzamy na sicie, wodę odlewamy. Przekładamy je z powrotem do garnka, zgniatamy widelcem (można zmiksować blenderem), dodajemy miód i zioła, mieszamy i zagotowujemy. Wlewamy do wyparzonych słoiczków i przechowujemy w lodówce (można też porcjami zamrozić).

Przed śniadaniem zjadamy 1 łyżeczkę, w południe 2 łyżeczki i 3 łyżeczki wieczorem: można rozpuścić w ciepłej wodzie, zjadać na zakwasowym orkiszowym chlebie, w orkiszowo-kasztanowym naleśniku, dodać do porannej orkiszanki. Smakuje lekko pikantnie i bardzo, bardzo ziołowo. Kuracja odtruwająca trwa 2-3 tygodnie. Można zrobić ją także na wiosnę.

To propozycja inspirowana przepisem dr Doroty Łapy, zamieszczonym w najnowszych „Filarach Zdrowia” (4/2016). Polecam do przeczytania cały artykuł, znajdziecie w nim wiele zaleceń św. Hildegardy na temat dobrze doprawionego jadłospisu, a zupa jest kremowa, słodkawa, po prostu pyszna.

Składniki: 2 cebule, 6 marchewek, sól, zioła: kolendra, galgant, kozieradka, kardamon

Do rozgrzanego garnka wlewamy 2 łyżki gorącej wody oraz 2 łyżki masła klarowanego lub kokosowego, dodajemy pokrojone cebule i lekko podduszamy. Następnie wrzucamy 6 pokrojonych marchewek (można je też zetrzeć na tarce o grubych oczkach) i dusimy wszystko parę minut, mieszając od czasu do czasu. Dodajemy szczyptę kolendry, nieco kozieradki lub kardamonu oraz sól do smaku (ok. 1 łyżeczki), dolewamy zimnej wody (ok. 2 cm ponad marchewkę, czyli jakieś 2 litry) lub bulionu warzywnego (koniecznie własnej produkcji, nie z „kostki rosołowej” i bez pora, który wg św. Hildegardy należy to tzw. „trucizn kuchennych”). Wszystko gotujemy ok. 30 minut pod przykryciem do miękkości, następnie miksujemy.

Możemy dodać trochę soku z cytryny, bazylii, odrobinę kurkumy oraz łyżkę masła, a jeśli przemarzliśmy dodajmy podczas gotowania zupy więcej ostrych przypraw, na rozgrzewkę.

Szakszuka to danie wywodzące się z kuchni tunezyjnskiej, izraelskiej, egipskiej i marokańskiej, zwykle oznaczające lekko ścięte jajka z pomidorami. Jeśli jednak pomidory zastąpimy niezwykle cenioną przez Mniszkę z Bingen dynią a całość posypiemy kozim serem, będzie to również danie hildegardiańskie.

Składniki: 800g dyni (hokkaido nie musimy obierać skórki, ale równie dobra będzie muscat de provance z intensywnie pomarańczowym miąższem lub dynia piżmowa), 3 czerwone cebule, 2 marchewki, 1 mała cukinia (ze skórką), 1 łyżeczka bertramu, 1 łyżeczka galgantu, 1 łyżeczka rozmarynu, sól kamienna i zmielony pieprz kubeba do smaku, 4 łyżki oleju słonecznikowego, 6 jajek (najlepiej od kur z naturalnego chowu), 250 ml kwaśnej śmietany, 200ml mleka, 200g świeżego sera koziego, pół pęczka natki pietruszki.

Dynię i cukinię kroimy w kostkę, marchew w cienkie paski, cebulę w plastry. Tak przygotowane warzywa mieszamy w dużym, żaroodpornym naczyniu z bertramem, galgantem i grubo posiekanym rozmarynem. Całość przyprawiamy solą i pieprzem kubeba, skrapiamy olejem i pieczemy pół godziny w nagrzanym do 200 stopni piekarniku.

Po tym czasie wyjmujemy zapiekankę, jajka mieszamy ze śmietaną i mlekiem, przyprawiamy solą i wylewamy na podpieczone warzywa. Pieczemy jeszcze 15 minut, po których posypujemy ją skruszonym serem kozim i zapiekamy przez kolejny kwadrans. Przed podaniem dekorujemy natką pietruszki.

Fasola w kuchni św. Hildegardy stoi na pierwszym miejscu, zaraz obok orkiszu – jest najtańszym i najsmaczniejszym źródłem białka. Pamiętajmy, by zawsze gotować ją do miękkości (największe kłopoty sprawiają ziarna niedogotowane), solić dopiero pod koniec, studzić w wodzie, by ziarna nie obeschły i nabrały słoności, winem albo octem winnym doprawiać po całkowitym ugotowaniu (kwas utrudnia mięknięcie), aromatyzować kminem, bertramem albo cząbrem (by zmniejszyć przykre dolegliwości), liściem laurowym, szałwią lub cebulą nabitą goździkami.

Składniki: 3 szklanki suchej fasoli, 2 małe lub 1 duża cebula, 2 liście laurowe, 2 ziarenka ziela angielskiego, 1 łyżeczka bertramu (można zastąpić cząbrem), sól i pieprz do smaku, 3-4 łyżki oleju słonecznikowego do smażenia, na pastę z natki pietruszki: pęczek natki pietruszki, 2 ząbki czosnku, 1 czubatą łyżkę kuminu, 1 łyżeczka soli, plus dwie garści orzechów włoskich i zieleninę do dekoracji.

Fasolę zalewamy dużą ilością zimnej wody i zostawiamy na noc. Rano odcedzamy, płuczemy i dajemy świeżą wodę, gotujemy wraz z zielem angielskim, liściem laurowym i bertramem do miękkości (45-60 minut, solimy pod koniec).

Składniki na pastę ucieramy w blenderze (ewentualnie w moździerzu). Twarde ogonki możemy drobno pokroić.

Fasolę odcedzamy, zostawiając 2-3 szklanki wody z jej gotowania. Część fasolek blendujemy na gęsty sos, dodając wodę z gotowania fasoli.

Cebule obieramy i szatkujemy. Przesmażamy ją wraz z liściem laurowym na oleju w garnku z grubym dnem (można użyć ten z gotowania fasoli), następnie dodajemy do niej sos fasolowy, ugotowane ziarna i pastę pietruszkową. Dokładnie mieszamy i doprawiamy solą i pieprzem do smaku.

Orzechy podprażamy na suchej patelni i dodajemy do gulaszu. Dekorujemy go zieleniną (natka, bazylia, cząber). Pasuje do orkiszowego ryżu albo z pieczonymi udkami kurczaka, równie dobry odgrzany następnego dnia.

Hildegardowa wersja fasolki po bretońsku z purre dyniowym w miejsce pomidorowego przecieru (choć możemy dać go odrobinę do smaku) i przyprawami rekomendowanymi przez Mniszkę z Bingen. Wegetariańska i równie smaczna.

Składniki: 6 szklanek ugotowanej fasoli (3 szklanki suchej, najlepiej Piękny Jaś), 1 cebula, kilka liści laurowych i ziarenek ziela angielskiego, 3 ziarna pieprzu (np. kubeba), 2-3 łyżki oleju słonecznikowego do smażenia, 500g purre z dyni (dowolnej: piżmowej, hokkaido, muszkatołowej…), pół szklanki wody, 1 łyżeczka macierzanki, 2 łyżeczki bertramy, pół łyżeczki lubczyku, na czubek łyżki mielonej kolendry, sól kamienną bez antyzbrylaczy i czarny pieprz do smaku, opcjonalnie olej z pestek dyni i 2-3 łyżki przecieru pomidorowego.

Fasolę zalewamy na noc dużą ilością chłodnej wody. Rano ją odcedzamy, zalewamy świeżą wodą i gotujemy do miękkości.

Jeśli nie mamy gotowego purre w czasie gotowania fasoli dynię obieramy, kroimy w kostkę, wykładamy na blachę wyłożoną papierem do pieczenia, skrapiamy olejem, odrobiną soli i pieczemy do 20 minut aż będzie miękka jak masło. 

Do garnka z grubym dnem wlewamy olej i  przesmażamy cebulę wraz z liściem laurowym, zielem i pieprzem aż się zeszkli. Teraz dodajemy pieczoną dynię, zgniatając ją widelcem, tak by powstał gęsty sos (w razie potrzeby dolewamy trochę wody i/lub przecier z pomidorów). Dodajemy przyprawy i gotujemy kwadrans pod przykryciem na małym ogniu, dodając pod koniec fasolę. W razie potrzeby doprawiamy solą i pieprzem, a przed podaniem możemy polać odrobiną oleju z pestek dyni. Najlepsza następnego dnia.

Serdecznie zapraszamy do posłuchania rozmowy o św. Hildegardzie w Radiu Warszawa. W „Rozmowie Na Co Dzień” gościły: Jolanta Zajdel z Polskiego Towarzystwa Przyjaciół Świętej Hildegardy i Renata Jurgiel, dr nauk medycznych, specjalista chorób wewnętrznych, kardiolog.Obie panie w trakcie rozmowy z Katarzyną Supeł-Zaboklicką zapraszały na sympozjum „Ciesz się zdrowiem zimą”.

Z audycji można dowiedzieć się także, jakie są filary zdrowia według świętej Hildegardy. Nie zabrakło także tematu profilaktyki zdrowia.

http://www.radiowarszawa.com.pl/rozmowa-na-co-dzien-o-sympozjum-ciesz-sie-zdrowiem-zima/

Zapraszamy do obejrzenia rozmowy o św. Hildegardzie w studenckiej telewizji Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. Jak widać brać studencka wyciąga zw skarbca wiedzy rzeczy stare i nowe http://platontv.pl/cycle/platon-cafe/show/6511